wtorek, 7 stycznia 2025

Historia niczego

 


                                                    „Matematyka to nauka o przedmiotach nie istniejących” Hugo Steinhaus

Czy warto zajmować się czymś co nie istnieje? Czy coś nie istniejące może mieć jakiś
wpływ na nasze życie? Jaki sens ma badanie czegoś co tak naprawdę nie ma
praktycznego znaczenia? Już w szkole uczymy się o tym, że istnieją punkty, które
praktycznie… nie istnieją ponieważ nie mają rozmiarów, objętości itp. No bo gdyby miały
to by nie były już punktami (rys.1)

Potem dowiadujemy się o prostych i innych obiektach,z którym też się dzieją dziwne, choć
ciekawe rzeczy. Uczymy się o czarnych dziurach, przestrzeni, czasie i wielu innych. Z
każdym z tych pojęć związane są paradoksy, ciekawostki ale i głebokie problemy nad
którymi pracują uczeni na całym świecie. Jednym z takich pojęć jest próżnia, pustka, zero.
Czy próżnia, prawdziwa pustka istnieje naprawdę? Bezczas, bezprzestrzeń, gdzie nie
istnieją nawet prawa fizyki? Po prostu nic? Taka dziura w naszym Wszechświecie, albo
może Wszechświat istnieje w takiej dziurze?(rys.2)

Byłoby naprawdę ciężko. Dlatego starożytni mając bardziej prozaiczne problemy, często
natury egzystencjalnej nie zajmowali się takimi rzeczami.
Ale zacznijmy od początku.
Wydaje się, że liczby i figury towarzyszyły nam od zawsze. Pamiętamy ze szkoły, że w
starożytności istniały takie dwa ośrodki od których zaczęły się „badania” nad ilością i
wielkością. Były to oczywiście Egipt i Babilonia.
Egipt został założony wzdłuż odżywczej rzeki Nil, która z czasem zaczęła nawet
pretendować do miana bóstwa. Wszędzie wokół pustynia, ale wzdłuż Rzeki rozwinęłą się
wspaniała cywilizacja z ogromną wiedzą i mądrością. Nawet wielcy mędrcy greccy, jak
Pitagoras, Tales, Solon odbywali wędrówki do Egiptu aby spijać mądrość z ust
kapłańskich. Niestety Nil był bóstwem o zmiennych nastrojach. Czasem pomagał, a
czasem szkodził. Kiedy wylewał niszczył uprawy, ale nie tylko… Jego niszczące działanie
miało jednak błogosławiony wpływ na rozwój nauki. Otóż po każdym takim niszczącym
działaniu Nilu, trzeba było na nowo mierzyć „działki rolne”. Pojawił się zawód geometrów.
Niestety nie mieli oni takich przyrządów jak teraz mamy. Kawałek sznura z supełkami,
kijek i trzeba pracować. Równolegle rozwijał się zapis liczb, słynne hieroglify egipskie.
Lecz o zgrozo… tu nie ma znanego nam zera...(rys.3)

Jak myślicie dlaczego? Jeżeli chcemy coś policzyć, coś co istnieje, to jaki jest sens liczyć
coś czego nie ma? Na przykład spróbujmy policzyć ilość przedmiotów w pustym pokoju,
wymieniając w następujący sposób: w tym pokoju jak widzimy znajduje się zero mebli,
zero kotów, zero psów itd. Można wymieniać w nieskończoność. Więc koniec i basta, nie
zapisujmy zera, nie ma sensu, nie ma potrzeby, nie znamy go. Dlatego tak to wygląda.
Mamy tu różne liczby, niektóre ogromne, ale zera nie ma. Po prostu jeśli coś jest to
zapisujemy, że jest, nadajemy mu pewną wartość (podajemy jakiś symbol) i nieważne
gdzie go zapiszemy oznacza zawsze to samo.
Babilończycy mieli jednak problem. Oni jako pierwsi rozwinęli taki system liczbowy, w
którym ważne było miejsce zapisania danego znaku. Co to znaczy? Zacznijmy znów od
właściwego miejsca czyli… od początku. Wiadomo, że zapiski babilońskie były
sporządzane na glinie i następnie wypalane. Ale komu by się chciało wzorzyście rysować
w glinie. Bardzo nużąca praca. Dlatego jak spojrzymy na tabliczki babilońskie stwierdzimy,
że są na nich układy kresek. (rys.4)

Jest to tak zwane pismo klinowe. Liczby miały właściwie do wyboru dwa znaki: symbol
jedności i symbol dziesiątki.(rys. 5)

Wszystko zależało od położenia w którym umieścimy te znaki. Stąd system nosi nazwę
pozycyjnego. Podstawą takiego systemu w Babilonie była liczba 60. Mówiąc krótko symbol lub
liczba symboli umieszczona w danym miejscu była mnożona przez 1, 60, 3600 itp. w
zależności od położenia. (rys. 6)

Wszytko super, ale… Co by się stało jakbym zrobił za małą przerwę? Czy dalej będę w
stanie odczytać co to za liczba? (rys. 7)

Sami widzimy, że pozostawianie pustego miejsca wprowadza dodatkowe problemy i
wątpliwości. Coś trzeba z tym zrobić. Może należałoby wprowadzić dodatkowy znak
oznaczający puste miejsce? Tak właśnie zrobili w Babilonie. (rys. 8)

Długi czas taki separator nie miał żadnego dodatkowego znaczenia. Kto by chciał się
zajmować pustym miejscem.
Minęło dużo czasu… Po drodze rozwinęła się cywilizacja grecka, gdzie wzrosła niechęć
do próżni. Nie miała prawa istnieć pustka. Natura jej nie znosi. Wszyscy chcą jej unikać.
Aż do końca średniowiecza obowiązywało porażające hasło horror vacui (strach przed
próżnią). Rozwiązanie przyszło z innej strony. Ze wschodu…
Już w V wieku hinduscy uczeni zajmowali się zapisem pustki. Zastanawiali się też czy jak
coś dodamy do pustki, lub wykonamy z nią inne operacje matematyczne, to czy wynik
będzie sensowny i czy w ogóle ma prawo istnieć.
Brahmagupta… ważna postać. Wprowadził działania z pustką zwaną sunya:

Sunya (pustka a także i wieczność) zaczęła, żyć własnym życiem (jej symbolem była
kropka)… Historia pomogła jej się rozwinąć. Arabowie przejęli ją od hinduskich
matematyków. Nazywali ją al sifr. Kiedy dotarła do Europy nazwa rozwinęła się w dwóch
kierunkach

1. cyfra – oznaczenie pojedynczego znaku liczby
2. zero – oznaczenie „pustej” liczby, nazwa przyszła z Włoch


Ale jak myślicie czy zero tak łatwo wkupiło się w łaski uczonych? Okazało się, że są z nim
problemy – zwłaszcza z dzieleniem. Jak już się przyzwyczajono do liczb racjonalnych
(rational numbers, liczby wymierne), pojawiło się pytanie… Co się stanie jeśli podzielimy
przez zero. Filozoficznie problem ten pojawił się zanim odkryto zero. Wszyscy na pewno
słyszeliśmy nieraz o paradoksach Zenona. Był to filozof grecki który pokazał kolegom
filozofom, że chyba nie bardzo rozumieją ruch, czas i przestrzeń. Przy analizie bardzo
małych kroczków w przestrzeni i czasie udowadniał, że ruch nie istnieje. Przyjrzyjmy się
kilku paradoksom i zauważymy, że zaczyna nam z tego wyłazić kolejne monstrum –
nieskończoność.

1. Dychotomia (gr. dichotomos – przecięty na dwie części) (rys. 9)

 

O co chodzi w tym paradoksie… Ano o to, że biegacz sobie biegnie do mety i choćby nie
wiadomo jakby się starał to teoretycznie nie powinien dobiec… Wszyscy jednak wiemy, że
biegacze dobiegają do mety, więc jest problem z teoretycznym filozofowaniem na ten
temat. I to właśnie napiętnował Zenon z Elei w V p.n.e. Teoretycznie rzecz biorąc, żeby
biegacz mógł dobiec do mety, powinien pokonać drogę w nastepujący sposób: najpierw
pokonuje połowę drogi (hmmm.. w sumie logiczne), potem połowę pozostałej drogi, potem
połowę połowy pozostałej drogi i… tak bez końca. Dopiero odkrycia matematyczne
umożliwiły w późniejszym czasie rozwiązać ten problem. Jak zsumować nieskończenie
wiele nieskończenie małych odcinków…?

2. Achilles i żółw
W drugim paradoksie Zenona, ścigają się Achilles i żółw. Achilles jako kulturalny wojownik
daje fory żółwiowi, bo wie , że żółw jest wolniejszy i pozwala mu wystartować bliżej mety.
Startują w jednej chwili… I Achilles teoretycznie odkrywa, że żółw zawsze już będzie przed
nim… Za każdym razem gdy Achilles dobiega do miejsca gdzie żółw był przed chwilą,
żółw jest już dalej. Jest to pewna wersja dychotomii, tylko, że meta w postaci żółwia
porusza się. (rys.10)

3. Strzała
Chociaż jest więcej paradoksów Zenona, omówimy jeszcze tylko jeden z jego paradoksów
pod tytulem strzała, w którym Zenon pokazuje, że teoretyczne rozważania na temat ruchu
(zgodnie z myśleniem starożytnych) unicestwia sam ruch. (rys. 11) Zenon powiada, skoro
filozofowie uważają, że w każdym czasie obiekt zajmuje jakieś miejsce, to strzała
wystrzelona z łuku też w każdym czasie zajmuje jakieś miejsce. Jeśli tak jest to w danym
czasie strzała jest w spoczynku względem tego miejsca. Jeżeli tak się dzieje w każdym
czasie to znaczy, że strzała się nie porusza. I co wy na to…?

To co zauważyliśmy na podstawie tych trzech paradoksów, to ciekawa rzecz,
zmniejszaliśmy odcinki przestrzeni i wydłużał nam się czas. Gdyby udało nam się
zmniejszyć odcinki do zera to czas rośnie do nieskończoności. Spróbujmy więc teraz
rozważyć jakie związki ma zero z nieskończonością.
Podczas nauki w szkole poznajemy różne operacje matematyczne: dodawanie,
odejmowanie, mnożenie, dzielenie itp. Zobaczmy co możemy zrobić z zerem i odkryjemy
jego ciekawe właściwości:

Coś w tym ostatnim działaniu się zmieniło. Co to znaczy, że liczba jest ujemna? Jest to
ciekawe pytanie. Ponieważ dodanie liczby np. 5 do (-5) powoduje, że wszystko znika.
Pojawia się zero. Czy możemy wyobrazić sobie taki proces. Było to takie dziwne, że przez
długi czas liczbom ujemnym odmawiano prawa do realnego istnienia. Wyobraźmy sobie,
że mamy kartę kredytową i możemy „pożyczyć” na niej 1000 zł. Jeśli teraz wpłacimy 1000
zł, okaże się, że jest wszystko w porządku – mam zero długu, brak długu. Pójdźmy z
operacjami dalej:

No i posypało się… Jak to jest z tym dzieleniem dowolnej liczby przez zero. Coś tu nie
gra… Spróbujmy pomyśleć mam dowolną ilość rzeczy i chcemy je podzielić na 0
osób….Ile każda z osób dostanie? Wydaje się, że zero, no bo przecież nikt nic nie dostał.
Ale matematycznie, każdy ma nieskończenie wiele możliwości i czasu aby to mieć. Ufff
głowa aż paruje… Może w inny sposób… Dzielimy coś przez nic, to możemy sobie
wyobrazić, że jest nieskończenie wiele niczego w czymś… O już lepiej… Chyba dobry
trop… Napiszmy więc:

No dobrze, czy z ujemną i dodatnią liczbą będzie to samo? Czy jak podzielimy większą
liczbę to czy będzie więcej nieskończonej ilości? Zajmiemy się tym kiedy indziej. Tu
rozważmy jeszcze ostatni przykład:

Spróbujmy zacząć od tego co znamy. Wiemy, że jeśli dzielimy to samo przez to samo to
powinno być jeden. Zobaczmy czy nam to wyjdzie z zerem:

No nie, doszliśmy do absurdu. Tak to możemy udowodnić wszystko… Nie możemy, jak
widzimy podać jednoznacznej wartości naszemu ułamkowi. Nazwijmy go symbolem
nieoznaczonym i stwierdźmy, że może przy konkretnych warunkach, dodatkowych
działaniach uda nam się w innych okolicznościach podać takie wartości. W kolejnych
artykułach postaramy się pogawędzić o funkcjach i ich ograniczeniach (granicach).
Ponieważ rozpisałem się, opowieść powoli dobiega końca, muszę kończyć ponieważ nic
dobrego z tego nie będzie. Niczym się z wami podzieliłem.










































sobota, 25 czerwca 2022

Sens tego wszystkiego – lekcje teizmu. Lekcja 1

 

Odkrywanie rzeczywistości
W zasadzie to chyba każdy człowiek ma pragnienie poznania i zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości. Przede wszystkim wykorzystuje do tego zmysły, które poprzez odkrycia naukowe przedłuża i rozszerza różnymi instrumentami naukowymi. Już od najmłodszych lat rozpoznajemy świat słuchem, smakiem, dotykiem i zapachem, troszkę później wzrokiem. Na tej podstawie wyciągamy wnioski i tworzymy sobie definicję różnych pojęć. Tworzymy sobie często pierwsze nasze przekonania, które stanowią podstawę dalszego poznawania i postępowania [„Civitas et Lex” 2014 /4, ks. M. Sieńkowski, Wiara, a inne typy poznania]
Te przekonania weryfikujemy w oparciu o doświadczenia oddziałując z rzeczywistością. Jako dzieci uczymy się dużo od starszych osób: rodziców, wujków, cioci, potem w szkole nauczycieli. Poznajemy naszą tożsamość poprzez różnego rodzaju interakcje z grupą rówieśniczą. Wchodzimy potem w życie mając w miarę ustanowiony światopogląd, który jest naszym pierwszym sitem przy poznawaniu dalszych elementów rzeczywistości. Rodzi się jednak pytanie, czy prawdziwym. Dla wielu ludzi takim podstawowym weryfikatorem jest nauka – bo uczeni tak twierdzą, dla innych religia, w której się wychowują. Obieramy sobie często autorytety i bronimy ich poglądów często kosztem prawdy i logiki. Niektórzy uznają święte księgi nie wnikając w ich spójność i prawdziwość podchodzą do nich z ludzkich założeń. Pozostają jeszcze różnego rodzaju objawienia. Gdzie jest ta prawda i na czym się oprzeć? Jak ją zweryfikować?
Zacznijmy od samej nauki i jej ograniczeń.
"Jeden z mitów na temat nauki głosi, że opiera się ona tylko na obserwacji, tzw. nagich faktach i logice. Teorie i prawa naukowe biorą się stąd, że naukowcy w nieuprzedzony sposób dokonują obserwacji, a następnie na drodze logicznego rozumowania ustalają istnienie jakiegoś porządku w tym, co zaobserwowali, i porządek ten wyrażają za pomocą praw i teorii. Uczony wolny od wszelkich wcześniejszych założeń ma dostęp do tak zwanych „nagich faktów”. Jego obserwacje są pewne i stanowią solidny fundament dla teorii opracowywanych na ich podstawie. Z faktów tych na drodze logiki indukcyjnej uczony wyprowadza prawa i teorie naukowe. Oparcie na nagich faktach i zastosowanie logiki gwarantują pewność i prawdziwość praw i teorii naukowych. Porządny uczony zaczyna od nieuprzedzonej obserwacji i na tej postawie drogą logicznych rozumowań dochodzi do teorii. Sam Newton mawiał „hypotheses non fingo”, czyli „hipotez nie wymyślam”, mając na myśli, że właśnie w ten sposób, tj. wychodząc od nieuprzedzonej obserwacji, doszedł do słynnej teorii. Wielu uczonych podobnie widzi swoją pracę."
Nie ma nauki bez założeń, Piotr Bylica, Forum akademickie 7-8/2020, https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-7-8-2020/nie-ma-nauki-bez-zalozen
Czyż to nie brzmi pięknie jako opis obiektywnej i uczciwej nauki? Niestety jest to całkowicie błędna charakterystyka:
"Tezę o uteoretyzowaniu obserwacji rozumie się na różne sposoby, mniej lub bardziej radykalne. Najsłabsza przyjmuje, że gdy uczony obserwuje świat, to wcześniej przyjęte teorie pozwalają mu decydować, które z zebranych faktów są ważne, a które nie, jakich narzędzi ma użyć do obserwacji, jakie wyniki należy uznać za relewantne itp. Wskazuje się też, że samo użycie narzędzi obserwacyjnych, szczególnie tych bardzo skomplikowanych, jak akceleratory cząstek, radioteleskopy, mikroskopy elektronowe itp., ale tak naprawdę także i prostszych, jak lupa, wiąże się z zaufaniem do teorii, na podstawie których urządzenia te zbudowano. Uczony, który ich używa, patrzy na świat jakby poprzez teorie wykorzystane przy ich konstrukcji. Wcześniej przyjęte teorie, także poprzez język używany do opisu wyników obserwacji, wpływają na to, co uznane zostaje za fakt. W zależności od pojęć, jakimi dysponujemy, różnie postrzegamy rzeczywistość. Słowa „planeta” czy „atom” nie oznaczają dziś tego samego, co sześćset lat temu. Gdy starożytni astronomowie spoglądali w niebo, patrząc na Księżyc, Słońce i Marsa, widzieli w tych ciałach planety. Nie zaliczyliby Ziemi do planet, bo słowo „planeta” pochodzi z języka greckiego od słowa oznaczającego „błądzić”, a Ziemia według nich była nieruchoma. Planetami były ciała niebieskie, które w przeciwieństwie do gwiazd stałych zmieniają położenie względem siebie. Dla Kopernika słońce już nie mogło być planetą. Słowo „atom” wywodzi się z greckiego słowa, które odnosi się do czegoś niepodzielnego. Jeszcze nowożytni uczeni rozumieli atomy jako najmniejsze, niepodzielne dalej cząstki materialne, z których zbudowany jest cały przyrodniczy świat."
Tamże
Czyli na początku każdej dyskusji musimy ustalić jakie mamy założenia filozoficzne aby móc uczciwie dyskutować i badać spójność naszych światopoglądów i naszego rozumienia rzeczywistości.
"Metafizyka, mity, przesądy są w pewnym sensie równie immanentną częścią nauki jak owe fakty, które próbujemy włączyć do racjonalnej rekonstrukcji."
„Toteż nauka zawiera w sobie zawsze nie tylko twierdzenia o świecie badanym, lecz również założenia co do natury podmiotu naukę uprawiającego”
Piotr Amsterdamski, Między doświadczeniem a metafizyką, Książka i Wiedza, Warszawa 1973, 99, 100
Jak sami więc widzimy u podstaw samej nauki leży wiara. Wtedy rodzi się kolejne pytanie na jakiej podstawie wierzę, co mnie do tego zachęca (objawienie czy tylko logika).
Samo pojęcie nauki jest ciekawe w odniesieniu do okresu w którym jest analizowane.
Musimy jednak najpierw garść definicji. Pozwólcie proszę, że zacytuję:
Nauka - koncepcja wiedzy wartościowej, którą z tych czy innych powodów akceptujemy
ideał wiedzy naukowej - historia nauki, jej tradycyjne metody (tradycje), źródła, potencjalne granice konstytuowane przez określoną grupę ludzi w danym czasie. Przesuwa to ciężar prawdziwości na podstawy, na których oparta jest dana nauka i założenia światopoglądowe jej twórców. Taka nauka jest zależna od zbyt wielu zmiennych by bezmyślnie się na niej opierać. W pewnym momencie istnieje niebezpieczeństwo wpadnięcia w błędne koło, gdy odkrywamy, że akceptowane ideały wykorzystujemy w określaniu samej nauki:
„Funkcje ideałów wiedzy naukowej w rzeczywistej działalności poznawczej.
1. Wyznaczają one potencjalne granice zjawiska zwanego nauką
2. Stanowią filtr, który sprawia, że jedne problemy badawcze możliwe do podjęcia w danej sytuacji poznawczej zostają zakwalifikowane jako godne badania, interesujące czy ważne, inne zaś mogą zostać niedostrzeżone lub pominięte jako nieistotne czy zgoła nienaukowe
3. Współwyznaczają reguły akceptacji twierdzeń i ich odrzucania, zasady zadowalającego wyjaśniania zjawisk, sposoby budowania teorii
4. Implikują określony etos naukowy i wewnętrzną organizację społeczności uczonych, ich rozumienie nauki jako instytucji społecznej.”
Piotr Amsterdamski, Między doświadczeniem a metafizyką, Książka i Wiedza, Warszawa 1973, s. 22-41
Dopiero w tym kontekście możemy oczekiwać wyjaśnień czy obrony jakiegoś stanowiska. Można sobie przy okazji zadać pytania. Na czym polega naukowo zadowalające wyjaśnienie i co decyduje czy podane wyjaśnienie uznane zostanie za zadowalające?
"Dla powierzchownego spostrzegacza prawda naukowa nie
podlega żadnej wątpliwości; logika nauki jest nieomylną, jeżeli
zaś uczonym zdarza się błądzić, to wówczas tylko, gdy sprzeniewierzają się jej prawidłom. Prawdy matematyczne wywodzą się z niewielkiej ilości twierdzeń oczywistych za pomocą łańcucha rozumowań wolnych od zarzutu; narzucają się one nie tylko nam, ale i samej przyrodzie. Krępują one, że tak powiem, Stwórcę i pozostawiają mu wybór między pewną tylko, względnie niewielką, ilością rozwiązań. Wobec tego wystarczy kilka doświadczeń, abyśmy poznali, jakiego mianowicie dokonał on wyboru. Z każdego doświadczenia będzie można wyprowadzić mnóstwo wyników drogą dedukcyj matematycznych i w ten to sposób każde poszczególne doświadczenie zapozna nas z jakimś zakątkiem Wszechświata. Takie to jest dla wielu ludzi, dla gimnazistów, którym wykłada się pierwsze początki fizyki, źródło pewności naukowej. Tak to rozumieją oni rolę doświadczenia i matematyki.
Tak również rozumiało ją przed stu laty wielu uczonych, którzy marzyli o zbudowaniu świata, zapożyczając od doświadczenia możliwie najmniej materyałów.
Nauka i Hipoteza, H, Poincare, G. Centnerszwer i S-ka, Kraków 1908
A także:
"Sytuacja jest więc w rzeczywistości zupełnie inna, niż to wyobraża sobie naiwny empirysta lub wyznawca logiki indukcjonistycznej. Sądzi on, że wspinanie się po drabinie nauki rozpoczynamy od gromadzenia i systematyzowania doświadczeń (...).
(...) Ale gdybym otrzymał polecenie: "zdaj sprawę z tego, czego w tej chwili doświadczasz", nie bardzo wiedziałbym, w jaki sposób spełnić to niejednoznaczne żądanie.(...)
(...) Nauka zakłada przyjęcie pewnego punktu widzenia i postawienie problemów teoretycznych"
Logika odkrycia naukowego, K. Popper, PWN, Warszawa, 1977, s. 90
Wszystko tak naprawdę zależy od tego jakie mamy założenia i co uznajemy za prawdę. Już Kazimierz Ajdukiewicz pisał:
"Przez kryterium prawdy rozumie się bowiem jakąś ostateczną instancję decydującą o uprawnieniach naszych przekonań. Kryterium prawdy to taki warunek prawdziwości naszych przekonań, że póki się go nie zastosuje do jakichś sądów, z których nasze przekonania wywodzimy, przekonania te zawieszone będą w powietrzu, z drugiej zaś strony, warunek taki, że jeśli się go zastosuje do jakiegoś naszego przekonania, to staje się ono tym samym definitywnie prawomocne"
K. Ajdukiewicz, Język i poznanie, PWN, Warszawa, 1985, s 11
Pozostaje więc wtedy pytanie, jakie jest nasze kryterium prawdy i na jakiej podstawie uważam, że mogę je uznawać. I to jest różnica tak naprawdę w dyskusji naszych światopoglądów. Fakty są wszystkie takie same, ale interpretacje mamy inne nacechowane: środowiskiem, w którym dorastaliśmy, wiedzą, którą uprzednio nabyliśmy, autorytetami, które uznawaliśmy. Podchodząc więc do rzeczywistości i wykonując jakiś eksperyment, bierzemy to wszystko i próbujemy odczytać rzeczywistości. Teoria mówi eksperymentowi jakie wyniki ma uzyskać:
"Wszystkie te rozważania istotne są z punktu widzenia epistemologicznej teorii eksperymentu. Teoretyk zadaje eksperymentatorowi pewne określone pytania i eksperymentator pragnie na te pytania, a nie na żadne inne, udzielić wiążącej odpowiedzi poprzez swoje eksperymenty. Wszystkie inne pytania stara się stanowczo odsunąć. (...) Eksperymentator przeprowadza test zajmując się jednym, wybranym pytaniem "... tak uważnie, jak to tylko możliwe, a zarazem tak nieuważnie, jak to tylko możliwe, wszystkimi innymi pytaniami pokrewnymi...(...)
(...) Jednakże nawet eksperymentator nie stawia sobie przede wszystkim za cel dokonywania precyzyjnych obserwacji, gdyż i jego praca ma w dużej mierze charakter teoretyczny. Teoria rządzi pracą eksperymentalną od początkowego momentu nakreślenia planu aż po ostateczne poprawki w laboratorium"
Logika odkrycia naukowego, K. Popper, PWN, Warszawa, 1977, s. 91
Skoro wnioski naukowe dotyczące sensu naszego istnienia i stworzenia oraz historii wszechświata są na niestabilnych podstawach to może warto się zwrócić w kierunku religii? Niestety już na samym początku możemy sobie zadać pytanie: która religia jest właściwa, przecież są ich tysiące i każda MÓWI, ŻE JEST TĄ JEDYNĄ RZUCAJĄC PRZEKLEŃSTWA NA INNE „KONKURENCYJNE” religie. Zmieniając trochę wypowiedź „Myślę więc jestem” pozostało nam zwrócenie się do świadomości istnienia czegoś większego niż my, kogoś kto jest poza naszym materialnym wszechświatem. Mamy sumienie, które jest pewnym strażnikiem naszej „moralności” ostrzegając nas przed popełnieniem różnych rzeczy wskazując na istnienie jakiegoś rodzaju prawa, które tylko możemy przeczuwać. Szukając wyjaśnień odkrywamy, że obserwowalny wszechświat, istnienie praw natury, istnienie „duchowości” świadczą, że jest Stwórca, który nawet się objawił człowiekowi, niestety zostało to skrzywione przez człowieka i zaowocowało powstaniem niewoli („opium dla ludu”) zwanej religią. Podchodząc z otwartym umysłem staramy się czytać Wszechświat zgodnie z metodami, które zostały nam użyczone lub odkryte przez nas jako te, które możemy stosować do badania naszej rzeczywistości. Z definicji jednak możemy stwierdzić, że do poznania Stwórcy potrzeba czegoś więcej. Potrzebujemy objawienia Jego samego abyśmy mogli Go naprawdę poznać. Świadczy to, że Biblia nie może być interpretowana w dowolny sposób przy użyciu naszych ludzkich słowników , encyklopedii czy rozumu. Potrzebujemy uczciwego podejścia do niej jako do Bożego Słowa i Bożego objawienia, w którym musimy stosować Boże metody i Boże odpowiedzi na nasze pytania. Jak to wygląda praktycznie? Ktoś kiedyś mądrze powiedział: Scriptura ex scriptura expliconda est – Biblię możemy wyjaśnić tylko Biblią, więc cokolwiek ona mówi musi być spójne z nią samą. Dzięki temu dochodzimy do całkiem innych często definicji i twierdzeń niż wmówionych nam przez wyżej wspomniane autorytety czy to naukowe, czy religijne czy po prostu społeczne. Rzuca to światło na naszą egzystencję niezależnie od naszego rozumowania, co świadczy, że objawienie Boże przez Biblię jest niezbędnym a nawet wręcz podstawowym sposobem do odkrywania sensu i poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące naszej przeszłości, przyszłości i całego sensu istnienia.
Konkludując całość wypowiedzi możemy stwierdzić, że bez światła z zewnątrz nie możemy być niczego pewni. Stąd mogę powiedzieć, że objawienie nie jest możliwością dopuszczalną ale niezbędną do poznania prawdy o rzeczywistości w której żyjemy. Bóg dał nam też rozum abyśmy mogli go wykorzystywać łącząc fakty, usuwając sprzeczności odkrywając, że stworzenie (potrzeba poznawania poprzez naukę i Biblię), sama Biblia i świadomy obecności Boga i Jego planu dla nas, posłuszny Jemu człowiek, są dowodami niezbitymi na jego istnienie, ale i Jego sprawiedliwość i miłość. Tylko bądźmy uczciwi.
Pozdrawiam serdecznie